SMAK DZIECIŃSTWA

mua and broLetnie poranki wyglądały podobnie. Zaczynało się od piania koguta, które potem potęgował budzik w pokoju obok. Około siódmej mniej więcej.
Trudno było go nie usłyszeć. Donośny, wdzierający się w mózg, uporczywy dźwięk zegareczka wielkości piłki do tenisa.
Chwilę potem słyszałam laskę, której brzmienie tłumił dywan. Skrzypiące drzwi łazienki a potem stukot na schodach.

Około dziesiątej, drzwi do pokoju dziadków zamykały się z piskiem i chrzęstem klucza. Wtedy wiedziałam, że i babcia wstała.
Krótko po tym i ja szurałam na schodach by zjeść.

ŚNIADANIE

W okresie letnim, nasz ogród zamieniał się w sad i targ warzywny jednocześnie. Pośród wysokich, w tamtym okresie, drzewek pomidorów wychylały się czerwone owoce. Wielkie tak, że dziecięca ręka nie była w stanie utrzymać więcej niż jednego naraz. Tuż przy ścieżce wesoło wyginał się szczypior, który również wędrował na stole.

Pomidory w plastrach, doprawione cebulą oraz wszechobecną vegetą; ze srebrno czerwonego opakowania. Chleb był świeży, chrupiący i mięciutki w środku. Na stole miast masła królowała Słonecznikowa margaryna.
Oprócz tego herbata w szklankach na spodeczkach i talerze z niebieską i rudawą obwolutą. Sporadycznie miast herbaty było kakao. Takie ciemne, z cukrem. Zmieszane na kleik najpierw a potem zalane mlekiem.

Po śniadaniu dziadek szedł do ogrodu, a babcia zaczynała rozmrażać mięso na obiad.
My z bratem szliśmy na podwórko przed domem.

Wyciągaliśmy rower albo wrotki; gdyż w tamtym okresie na nogach dumnie prezentowałam różowo żółte kółka w licznie rzędów dwóch obok siebie. Przytwierdzone na pięknych, kolorowych, sznurowanych na ciasno; bucikach.
To był prezent na dziesiąte urodziny, który zastąpił mocno wysłużone; nakładane na buta; metalowo plastikowe wrotki, które pamiętały stopy mojej mamy.

Po kilku godzinach zwiedzania zakamarków ulic słyszeliśmy z oddali wołający głos babci. Nadchodził czas na

OBIAD

Na stole parowały ziemniaczki, okraszone koperkiem, który po śniadaniu zerwałam dla babci z ogrodu. Była jeszcze świeża, również z ogrodu; sałata zielona, na której lądowała lekko słodka śmietana. Tak często wylizywana przeze mnie po posiłku. Oprócz tego był jeszcze kotlet albo kawałek mięsiwa.

Po obiedzie jedno z nas, które miało akurat dyżur, myło naczynia. Drugie potem musiało je wysuszyć i schować na miejsce, do szafek.
Jedyną rzeczą jaką musieliśmy w tamtym momencie; to zdążyć to zrobić zanim dziadek, będący na nogach od samego rana, uda się na drzemkę. Taka około godzinną. Na kanapie tuż obok telewizora. Stojącego na lakierowanym stoliczku z czarnymi hebanowymi nóżkami, ustawionymi pod kątem.

Budził się potem przed panoramą na dwójce. O szesnastej. To była godzina gdzie zaczynało się siedzenie przed telewizorem marki Unitra.

Czasem jak chcieliśmy obejrzeć bajki na Polonia1 to wyciszaliśmy dźwięk i z chirurgiczną dokładnością ciuchutko wciskaliśmy klawisz uruchamiający odbiornik. Taki najszerszy czarny, obok czterech innych z wyborem programów.

Po kilku latach wujek kupił telewizor na pilota i było już dużo trudniej.
Nie tylko nie dawało się włączyć go wyciszonego; ale dziadkowie w trosce o nasze młode umysły pilota chowali po kątach. A bez pilota nie włączało się bajek. Więc siedzieliśmy na dworze.

Graliśmy w badmintona na ulicy, albo w piłkę na podjeździe u sąsiadów, czasem siedzieliśmy na ich tarasie i graliśmy w Monopol. Innym razem budowaliśmy namioty z folii albo inne, równie mądre konstrukcje jak chociażby dom ze sznurków i gotowania rosołu z błota i naci marchwi. To ostatnie akurat na podjeździe dziadków.  W cieniu pod podwieszonymi na rurowej konstrukcji czarnymi winogronami, które każdej jesieni obieraliśmy gremialnie w kuchni.
Na sok i wino.

Około dziennika o 19.30 następowała

KOLACJA

Będąca słodką odmianą po bogatych w węglowodany i tłuszcze dwóch posiłkach. Składała się na ogół z chleba z dżemorem babcinej roboty.

Moim ulubionym był ten z truskawek, które rosły pod wiśnią na ogródku. Ale i jabłkowy szybko zyskał moją sympatię, podobnie jak konfitura śliwkowa która była ciemno fioletowym musem, idealnie współgrającym na plastrze białego sera.
Najmniejszą przychylnością cieszyły się u mnie wszelkie czereśniowo wiśniowe twory, i wszystkie te mające całe owoce.
Do dzisiaj ich nie lubię.
Owoców w sensie. Poza czterema może.
Jak nie miałam ochoty na dżem to jadłam kanapkę z białym serem posypanym cukrem.

W piątki zaś babcia robiła jajecznicę na ogromnej ilości zezłoconej cebulki, która pieczołowicie szykowała na godzinę przed podaniem jej do stołu.

W niedziele na podwieczorek, jeśli akurat nie zabierali nas dziadkowie na wycieczkę do pobliskiej Osoli albo rodzinnych rejonów dziadka w okolicy Sieradza; babcia dawała nam wypiekane w domu ciasteczka.

Kruche takie, których kształt nadawało się przy pomocy nakładki na maszynkę do mięsa. Babcia na ogół piekła te przypominające gwiazdki.
Czasem w piwnicy znajdowało się też ciasto z kruszonką. Na konfiturze wiśniowej; albo co bardziej odpowiadało mi; jabłkowej. Na spodzie kruchym albo drożdzowym. Zależy jaki babcia akurat miała nastrój żeby upiec.
A jak piekła to na kilka blach i na zaś.

Ciasteczka chowała w wielkim okrągłym pudle; a ciasta wynosiła do spiżarni, przykrywając je lnianą ściereczką.

Pamiętam też lody na Komandorskiej, na które zabierali nas latem; albo waniliowe w polewie czekoladowej na patyku. Po które babcia wysłała nas do sklepu, do którego mieliśmy skrót przez furtkę w ogrodzie.

Pamiętam dziecięcą beztroskę i spędzenie czasu na świeżym powietrzu, czego zawsze pilnowali oni i mama, która latem zbierała nas nad morze na 2-3 tygodnie.
Grę w klasy, podchody czy naukę jazdy na rowerze, który wyglądał jak mały harley. Tylko, że mały i zielony.

Bycie dzieckiem smakowało ogrodem, domowym jedzeniem i sportem.

Wszystkiego smacznego drogie Dzieci, dzisiaj. I każdego dnia.

 

Na fotografii ja, mój brat i kot Ciszek.

Reklamy

7 comments

  1. Tochybaomnie · Czerwiec 1, 2015

    Przeniosłaś mnie tym pięknym tekstem w czasie. Dziękuję też za poczęstunek w postaci świeżego chleba, sałaty ze śmietaną i jajecznicy na złocistej cebulce. Mniam! :)

    • Erill · Czerwiec 1, 2015

      O to chodziło, bardzo się cieszę, że się udało :)

  2. suit your life up · Czerwiec 2, 2015

    Wspaniały przykład postawy wdzięczności. A to niby współczesne czasy są lepsze i bogatsze…

    • Erill · Czerwiec 10, 2015

      Dziękuje :)
      Uważam, że każde czasy są na swój unikalny sposób lepsze i bogatsze; ale w naszej naturze leży lukrowanie wspomnień bo wiążą się z betroską i tez my nie byliśmy przesiąknięci gorzkimi doświadczeniami :)

      • suit your life up · Czerwiec 10, 2015

        Ktoś kiedyś powiedział, ze przeszłość jest po to, żeby się z niej uczyć, a nie ją rozpamiętywać. Całkowicie się z tym zgadzam. Nie ważne czy kiedyś było lepiej, czy gorzej… Takie dywagacje w niczym nam nie pomogą. Żyjemy tu i teraz i tylko od nas zależy, czy zrobimy coś w tym kierunku, żeby DZIŚ było tak, jak chcemy.

  3. Kayka · Czerwiec 2, 2015

    ile słodkości <3

    ale cudne wspomnienia, aż się widzi te obrazki przed oczami :) i to jest własnie idealny tekst na Dzień Dzieciaka!

    • Erill · Czerwiec 3, 2015

      dziękować :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s