HISTORIE, KTÓRE KSZTAŁTUJĄ

1lvXyyX„… Myślę, że łatwiej jest się cieszyć, niż być smutnym..”

Jak miałam mniej lat, obowiązków, a przede wszystkim wymówek; czytałam ogromną ilość książek.
Jak na siebie i swoje tempo, oczywiście. Średnio pochłaniałam trzy woluminy w miesiącu. W lepszych okresach dochodziłam do czterech, a kilka razy zdarzyło mi przeczytać nawet sześć. 

Zawsze czytałam wolno. Na dodatek często rozpraszał mnie świat zewnętrzny. Kotek, słońce za oknem, pierwszy śnieg, zapach ciasta z kruszonką czy tworzenie własnych historii.

Ale ja nie o statystykach chciałam tutaj pisać; co o wpływach.
Wiadomo, że kształtują nas; między innymi; rzeczy, którymi przesiąkamy za młodu. Czasem trzeba lat by zrozumieć, że coś z tych opowieści zostało w głowie. Że kierujemy się historiami czy morałami o których wyczytaliśmy będąc jeszcze super chłonną gąbką.

GRA W ZADOWOLENIE

Pollyannę przeczytałam, łącznie, dwadzieścia kilka razy. 
Pierwszy raz kiedy dopadła mnie z dnia na dzień bardzo ciężka angina. To był maj; pamiętam to dokładnie. Miałam iść na urodziny koleżanki. W piątek czułam się świetnie a w sobotę miałam już 40 stopni gorączki. Do popołudnia udawało mi się okłamać siebie i rodzinę, że jestem tylko senna. Potem kiedy nie dawałam rady wstać z łóżka i przelewałam się przez ręce stało się oczywistym, że nigdzie nie pójdę. Po dwóch ciężkich dobach, zaczęłam wracać do siebie i zaczęło mi się nudzić.
Znacie ten moment kiedy już zdrowiejecie, niby się czujecie coraz lepiej ale wciąż nie macie siły na normalne funkcjonowanie i możecie głównie leżeć w łóżku?
Wtedy sięgnęłam pierwszy raz po Pollyannę. Zaczęłam po śniadaniu, pochlapałam zupą w trakcie obiadu, a przy kolacji przewracałam już ostatnie kartki.

Kilka lat i doświadczeń później, wylądowałam na kontrakcie w najmniej sprzyjającym mi miejscu na tej planecie.
W Atenach.
Ten wyjazd, to dla mnie jedno z traumatyczniejszych doświadczeń minionego życia. Po dobrej passie w Bangoku pojechałam do miejsca w którym byli fałszywi, niemili ludzie, których codziennością było wprowadzanie Cię w błąd, kłamanie, oszukiwanie i nie szanowanie Twoich przekonań religijnych czy zasad. O tym, że chodziłam na castingi ale nie wynikało z tego żadne większe zlecenie; nie wspominam. W tamtym okresie też moje życie prywatne nie szczędziło mi kopów w zadek i byłam w tym radosnym stanie, kiedy to człowiek śmieje się z dowcipu a potem gładko zanosi się szlochem.
Samo fajne.
Nie polecam. Ciocia Erill.

GRA W DROBIAZGI

Coby nie zwariować do reszty na wygnaniu; które łącznie trwało dziewięć tygodni, postanowiłam wprowadzić w życie grę w zadowolenie. 

Nie ma pracy? Żaden problem, to wsiadam w tramwaj i jadę nad morze.
Tak, Ateny leżą nad morzem. Byłam tam kilka razy w ciągu tygodnia. Doskonała terapia.
Jeden casting na cały dzień i to jeszcze na dziewiątą rano? Ok, zobaczę wschód słońca, posłucham śpiewu ptaków, których nie zagłuszą jeszcze ludzie.
Brak planów na wieczór? To pójdę na taras do hotelu obok i popatrzę na miasto nocą.
(Swoją drogą, zauważyliście, że każde miasto nocą wygląda magicznie?)
Brak planów na kolejny dzień? To fantastycznie, jest szansa wyjść na miasto i pobawić się. Albo zostać w pokoju, posłuchać muzyki i poczytać książkę.
Ale mieć jakiś wybór i wpływ na generowanie sobie pozytywnych rzeczy w tych niesprzyjających warunkach.

Zwykły zabieg polegający na znajdowaniu pozytywów w ciemnej dziurze małej depresji sytuacyjnej, sprawił, że nie chodziłam nadęta, smutna czy tez wiecznie sfrustrowana.
Pomaga mi do dzisiaj.

GRA W SZCZĘŚCIE

Kiedy rok później wylądowałam w Japonii, tydzień po tym jak skończył się festiwal kwitnącej wiśni w ogóle mnie to nie ruszyło; w negatywny sposób. Wiadomo, że było mi szkoda. ale nie chodziłam skwaszona z tego tytułu.
W końcu, hej! Byłam w Tokio! I to nie ponosząc tak naprawdę żadnych realnych kosztów. Na co tu narzekać??
Kiedy nie dostawałam pracy i wciąż tylko jeździłam na castingi wykorzystywałam ten czas na robienie sobie map miejsc w które mogę wrócić. Albo wyobrażałam sobie, że właśnie tutaj Usagi spotykała Mamoru a w mijanej świątyni Rei oddawała się medytacjom.
Tak, tak; jestem pokoleniem Sailor Moon. Serialowej i Mangowej. Mam wszystkie osiemnaście tomów. Plus trzy Sailor V, ha! Beat that!
Jak tylko następował weekend wychodziłam po śniadaniu z apartamentu i szlajałam się po mieście chcąc zobaczyć jak najwięcej, skoro nie dane jest mi pracować.
Harajuku było moim drugim domem, potrafiłam stamtąd wrócić na piechotę w rejon Roppongi, gdzie mieszkałam.
Jak w nocy nie mogłam spać – a muszę Wam powiedzieć, że serio ludziom z Europy środkowej ciężko się śpi w Japonii – to wychodziłam na spacer po osiedlu.
To jeden z najmilej wspominanych przeze mnie wyjazdów. 
Swoją drogą, wiedzieliście, że w Tokio nie ma nazw ulic? Są tylko dzielone kwadraty, których liczba i położenie określa adres. To taka ciekawostka.

Mamy tendencje do oczekiwania wielkich, spektakularnych zmian, które okraszone są fajerwerkami i piosenką Queen’u „We are the Champions”.
Podczas gdy to te małe rzeczy generują nam codzienną całość, która wpływa na to jak odbieramy dzień, wyjazd, miejsce czy konkretne okoliczności.

Tak, wiem, że to straszny frazes. Ale to nie zmienia jego prawdziwości i tego, że się o nim zapomina.

Nie mam idealnego życia.
Nie spotykam samych wspaniałych ludzi, nie zdarzają mi się wyłącznie idealne sytuacje, nie trafiają mi się wyłącznie szczęśliwe chwile.
Miewam gorsze dni, gorsze miesiące i fatalne w skutkach decyzje. Długo potrafią mi w głowie brzeczęć słowa, których nigdy nie chciałam usłyszeć, bardzo dobitnie przeżywam sytuacje trudne.

Wiele z nich umiem jednak odbierać przez pryzmat cieszenia się tak prozaiczną rzeczą jak to, że Marlena przyjdzie do mnie rano i pomruczy w nogach. Albo, że wypiję pyszną kawę; dostanę super miłego maila w zalewie tych mniej sympatycznych, albo się po prostu wyśpię bo mam nową wygodną poduszkę.
Wiem, że w naszym kraju, kultywującym potrzebę umęczania się i tarzania w swoim nieszczęściu jest to trudne. Ale chyba dlatego uważam, że jest to tak fajne.

Osiąganie rzeczy prostych jest za mało ekscytujące.

Reklamy

8 comments

  1. Katsunetka · Grudzień 1, 2014

    Nadal nie umiem w pełni cieszyć się tymi małymi rzeczami a tylko zamartwiam, czasem bez potrzeby.

    • Erill · Luty 7, 2015

      Ja się też dalej zamartwiam :) Ale dzięki mozolnej pracy nad radością z drobnostek jest mi łatwiej zmagać się z tymi zmartwieniami :)

  2. rajstopyzoczkiem · Grudzień 1, 2014

    takie podróże, nieco „bezplanowe” bądź z „innym” planem są najbardziej ekscytujące!

    • Erill · Luty 7, 2015

      Też tak myślę :) Je∂zmy gdzieś – gdzie? – nie wiem, przed siebie :)

  3. Aurora · Grudzień 18, 2014

    Niezwykle mi smakował ten tekst :)

    • Erill · Luty 7, 2015

      A tak mało w nim czekolady.
      Za mało ;)

  4. noomiy · Styczeń 14, 2015

    Idealnie napisane ;)

  5. Pingback: NIEWOLNICY SZCZĘŚCIA | ERILL

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s