Polska poliglotą stoi

langPoruszamy się po świecie z łatwością serwowania po feedzie na twarzoksiążce. Jeździmy na wakacje już nie tylko do Egiptu. Chętnie odwiedzamy Kanary, wyspy Greckie, a nawet porywamy się na Stany, Azję czy Australię. Emigrujemy do Anglii, Irlandii, krajów Skandynawskich. Nasze uczelnie kształcą jednych z lepiej ocenianych specjalistów na świecie. 
My Polacy.

Tacy światowi. Wykształceni. W domu nowoczesne telefony, telewizory i ułatwiacze życia podpięte do wi-fi. W ręku kindle, bo taka moda; lub inny ipad. Zamiast biblioteczki, gigabajty danych. Dostęp do szkoleń pod jednym klikiem myszki. Czasem nawet nie trzeba wstawać z łóżka.

Dwudziesty pierwszy wiek, panie.

A mimo tego dostępu do każdego zakamarka wiedzy; wysyłamy do Kopenhagi ekipę która nie potrafi wydukać jednego, samodzielnie złożonego po angielsku, zdania. Co najwyżej pojedyńczą, przygotowaną wcześniej, formułkę. Młodzi ludzie, z pokolenia „mam dojście do wszystkiego, tylko nie kopa w dupę by się zmotywować” potrzebują tłumacza do jednego z najprostszych, używanych na całym świecie, języków.

Jak to jest do cholery możliwe, żeby w obecnych czasach być językowym analfabetą? No ludu drogi. Jak my się pokazujemy światu, jadąc do Anglii czy innego urzędowo anglojęzycznego kraju, umiejąc jedynie przeklinać? Na dodatek ciesząc się z tego, jak ze słabego żartu o fekaliach, jakie potrafią fundować niektóre filmy.

Pani w kasie czy w punkcie informacyjnym potrafi do dzisiaj błędnym wzrokiem szukać pomocy wśród innych ludzi w kolejce. Bo trzeba turyście wyjaśnić, że biletów na najbliższy pociąg, czy atrakcje nie ma. I zaprasza jutro. A jak nie ma skąd uzyskać pomocy, to zawsze przecież można mówić głośniej „TEGO POCIĄGU JUŻ NIE MA. NIE MA!!”.
Przecież to oczywiste, że turysta łatwiej zrozumie wykrzyczany komunikat w języku polskim, niż powiedziany zwyczajnie. Krzyk jest przecież doskonałym translatorem. Lepszym od tego guglowego.

Dwudziesty pierwszy wiek. 
A my dalej jesteśmy w średniowieczu językowym. Gdy jakiś polityk mówi po angielsku, jesteśmy zaskoczeni. Tak jak wtedy gdy ojciec płaci alimenty. Bo to takie nadzwyczajne. Mimo, że powinno być normą.

A dla nas, wielkich Polaków, którzy dumnie prężą pierś, bo wojna, bo powstania, bo papież, bo „Walisa” na lotnisku w Stanach; normalność to analfabetyzm, zacofanie i mentalny ciemnogród.

Bo miast piętnować nieumiejętność posługiwania się językiem, z poprawnym akcentem; pokłony bijemy chlubnym wyjątkom, które utrzymują standardowy, światowy poziom.

My Polacy.

 

 

Grafika stąd.

Advertisements

8 comments

  1. najgorszyblognaswiecie · Maj 13, 2014

    Cieszę się, że na końcu pojawił się ten “poprawny akcent”, ponieważ z mojego doświadczenia wynika, że ludzie najzwyczajniej boją się mówić w obcym języku “publicznie”, bo ktoś może wyśmiać. Problemem w polskich szkołach jest absolutny brak fonetyki – ludzie uczą się ze słuchu, a w związku z tym – nie mają pojęcia czy robią to dobrze. Te niedobitki, które udają się potem na filologię mają spory problem, bo okazuje się, że połowę znanych im słów wypowiadali źle. “Bo pani tak uczyła…”

    • erill · Maj 13, 2014

      Fonetyka powinna być przedmiotem obowiązkowym. Trudno oczekiwać od kogoś kto ma problem z poprawnym mówieniem i akcentowaniem po polsku, że będzie mu się lepiej uczyło obcego języka.

      Co do wyśmiania myślę, że sedno leży nie tyle w fonetyce co w blokadzie „jak mam to powiedzieć”, zamiast „co chce powiedzieć”. Też przez to przechodziłam. Bardziej mnie stresował mój ubogi wokabularz i bałam się mówić, sądząc, że nikt mnie nie zrozumie. Dopiero mój dobry znajomy z Kanady mnie zmusił, żebym mówiła, mówiła i mówiła i nie martwiła się, że czegoś nie wiem. Zawsze mogę o tym słowie opowiedzieć i ono samoistnie wtłoczy się do mojego słownika. I miał racje. Tylko, że ja uczyłam się języka od najmłodszych lat. Po prostu miałam blokadę by w nim mówić. A w tekscie chodzi mi o rzesze ludzi, którzy mimo pełnego dostępu do uczenia się go za darmo tego nie robią. A potem powstają kwiatki z cyklu „dhats hał are fiil” i dziennikarze zagraniczni kwitują to uprzejmie litościwym uśmieszkiem, no bo jak inaczej?

      • najgorszyblognaswiecie · Maj 13, 2014

        Takie przekleństwo XXI wieku – wiedza na wyciągnięcie ręki (albo raczej jedno kliknięcie myszki) – a ludzie wolą trwonić czas na śmieszne obrazki kotów w Internecie.

  2. zobacz stronę · Maj 13, 2014

    Oj niezgodzę się mieszkałem w kilu państwach i u nas większość mówi komunikatywnie po angielski. To prawda jednak, że rośnie pokolenie dwujęzyczne, a nawet trzy języczne i dziedziom, które mają rodziców z tego samego kraju będzie ciężko znaleźć dobrą pracę w przyszłości.

    • erill · Maj 13, 2014

      To mamy różne doświadczenia. Z moich wynika, że z tym angielskim bywa bardzo różnie, w kierunku raczej słabo. Szczególnie w fazie pierwszej emigracji do Anglii tak było. Znam całkiem sporo historii ludzi, którzy wyjechali wiele lat temu a nadal ciężko im skumać język. Zresztą przykład jackowa z Chicago jest dobitnym dowodem na to, że jak tylko polak może odpuścić naukę języka to to zrobi bo tak jest łątwiej.
      Nie wszyscy, wiadomo są chlubne wyjątki. Ale to wciąż są wyjątki. A mamy XXI wiek. No kaman

  3. Kayka Sadowska · Maj 18, 2014

    no cóż, i tak i nie. brakuje nam wiele do Norwegów, Szwedów, Duńczyków, którzy angielski mają od małego a teraz nawet i chiński im wdrażają powoli do szkół. Ale Polacy są całkiem dobrze wyedukowani językowo, tak uważam, mając kontakt z ludźmi zagramanicą, to akurat na Polaków nie można narzekać. Chociaż fakt, wykształceni są to ludzie, bo ci bez wykształcenia to nie przykładają wagi do języków ani do matematyki.

    • Morel · Maj 20, 2014

      Nie – nie jesteśmy wykształceni językowo. Przykładów wiele powyżej – panie na dworcach, obsługa w sklepach [Ostatnio musiałem ratować młodą laskę w Żabce pod domem bo nie potrafiła skumać, że gość chce 4 paczki fajek, a nie jedną – jedno słowo: four i 4 wyciągnięte palce. Przekaz prosty jak konstrukcja cepa], nawet ludzie na ulicach. I to jest to o czym pisze Erill – głównie kwestia blokady. Wiele osób ma problem nawet nie z tym, że nie zostanie zrozumiana, co właśnie wysmiana, gdyż składa zdania na zasadzie „Kali chcieć/musieć” – ale jeżeli nie przebijemy się przez ten mur, to nigdy nie zaczniemy mówić poprawnie.
      Zwłaszcza, że moje doświadczenia z obcokrajowcami są takie iż – jeśli chodzi o angielski – nawet sami mieszkańcy Anglii/USA/Kanady/Australii mówią per „Kali chcieć/musieć” [podobnie jest z ludźmi z krajów niemieckojęzycznych] – grunt to zasób słów i przełamanie bariery komunikacyjnej.

    • erill · Maj 20, 2014

      Kaya, Ty się chyba obracasz w rejonie w którym umiejętności językowe są lepsze. Ja spotykam bardzo dużo różnych ludzi i niektórzy pytają mnie o naprawdę podstawowe rzeczy jeśli chodzi o język angielski. I nie pisze tego żeby ich disować ale dlatego, że w XXI wieku dalej dla wielu ludzi język obcy jest barierą za którą stoją.
      Ja też spotykałam inne nacje – pozdro Brazylia – którzy wybywali za granice nie znając nic, ani słowa po angielsku. Jestem pewna, że to nie tylko nasz problem. Ale ja mieszkam tu, w Polsce, i to tutaj ratuję panią w sklepie która nie rozumie o co zapytał jakiś człowiek, który mówi nie po polsku.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s