Tylko smutne filmy są piękne

Atonement-mirrorKocham piękne filmy.
Takie w których obraz mnie hipnotyzuje. Światło rysuje bohaterów i podkreśla dobrze zagrane emocje. Kadry które są nieoczywiste i płynącą kamerę, która opowiada o pozornie błahych detalach. Jak obcas buta czy fragment ściany.

Uwielbiam w filmie czerń, dobrze zgrany dźwięk który brzmi naturalnie, a nie jak w puszce. I historię.
Lubie gdy mnie coś wciąga. Sprawia, że nie mogę oderwać się ani na chwile od tego na co patrzę. Gdy akcja zawiązuje pętle w mym żołądku, w ustach robi się sucho, a oczy wilgotnieją z coraz jaśniejszym rozumieniem do czego prowadzi.

Lubię ten stan gdy przychodzą napisy końcowe a ja mam poczucie tego kaca, jak przy książce. Nawet ten gdy nie mogę pogodzić się z tym jak się ta opowieść zakończyła. Gdy nocami śnią mi się pojedyńcze sceny i na youtube oglądam ulubione fragmenty.

Zauważam jednak pewną prawidłowość.
Każdy piękny, dopracowany i zapierający mi dech film jaki kocham, jest filmem smutnym. Filmem o rozpadzie, śmierci, stracie czy smutku.
Nie dlatego, że tak sobie dopieram repertuar.
Tak po prostu wychodzi.

Na przykład Pokuta. Przepięknie opowiedziany światłem i zatrzymanymi kadrami film. Sceny w jeziorze, przy lustrze, palenie papierosa. Scena w bibliotece. I ten mastershoot na wybrzeżu. Coś absolutnie wbijającego w fotel. I jaka to jest historia?
Taka, że ostatnią scenę z Robbym miałam przed oczami kolejne dwa tygodnie. Nie mogłam się pogodzić z tym, że ta opowieść ma taki finał. Te wszystkie piękne obrazki były po to bym musiała sięgać po chusteczki. A i tak obejrzę go jeszcze kilka razy. Bo dla jego plastyczności nie jestem w stanie sobie tego odmówić.

Albo Anna Karenina. Ta z Keirą. Myślałam kiedyś, że obejrzę ją sobie ot tak, w tle do pracy. Po 20 minutach oglądania z otwartą twarzą dotarło do mnie, że nie jestem w stanie oderwać się od tego filmu. Jaki tam jest przecież koncept. Jak to jest nakręcone, zmontowane, wykminione. Te kadry, światło, stroje, przechodzące scenografie.
I znów. Kolejna smutna historia, która dołuje. A mimo to nie potrafię tego nie oglądać gdy tylko natrafia się okazja. Zatrzymują się z kubkiem w połowie drogi do twarzy. I trwać tak kilkanaście minut.

King Speech znacie? Pewnie, że znacie. To też nie jest radosny film. To opowieść o trudnej relacji, o ciężkich czasach i desperackich próbach przezwyciężania własnych słabości. I mimo, że wynika z niego coś pozytywnego to jednak wisi nad nim ciężka aura.
A scenę kłótni we mgle pamiętacie? Albo te kadry z maleńką głową Geoffrey’a Rusha i wielką połacią odłażącej tapety, sceny na kanapie i dywanie.
To sa takie kadry, że siedzą w mojej głowie mimo, że od czasu ich obejrzenia widziałam już setki minut innych ruchomych obrazków.

Zastanawiam się czy to jest tak, że do smutnego filmu łatwiej jest zrobić piękne obrazy? Czy tematyka sama z siebie trochę wymusza styl opowieści? Czy po prostu te historie mają szczęście do tego, że trafiają na wrażliwego twórce, który o wiele więcej rozumie? I chce tą różnicę pokazać?

A może ja nie wiem, że istnieją filmy piękne obrazowo i będące jednocześnie radosnymi opowieściami? 
Tylko po prostu przyciągam takie ciężkie kalibry.

 

zdjęcie z wpisu pochodzi z filmu „Pokuta”

Advertisements

6 comments

  1. lonikai · Kwiecień 29, 2014

    prawda najprawdziwsza :)

  2. Angua · Kwiecień 29, 2014

    Polecam np. “Hugo”, to przepiękny wizualnie film i bardzo pozytywna historia, “Big Fish” Tima Burtona – jeden z moich ulubionych, też mnie ssatysfakcjonuje zarówno fabularnie, jak i estetycznie; no nie wiem, znam mnóstwo pięknych filmów, które może nie są typowymi komediami do uchachania się, ale są optymistycznie – jak dla mnie właśnie “King’s Speech” jest jednym z nich, oglądam go dość często, żeby sobie poprawić nastrój, zwłaszcza finalna mowa Jerzego mocno mnie podbudowuje – keep calm and carry on w pięknym brytyjskim stylu. Uwielbiam ten film i dla mnie nie jest on bynajmniej smutny.
    Kurcze… głupio się przyznać, ale Anny Kareniny oglądam głównie pod kątem tego, czy mi się podoba Wroński; w Annie z Keirą Wroński jest niestety nie do przyjęcia (mój nr 1 to Kevin McKidd w wersji dla BBC i Sean Bean w tej z Sophie Marceau – aczkolwiek sama uroda bohaterów nie przysłania mi faktu, że zagrali nieco drętwo).

    • erill · Maj 2, 2014

      No King Speech jest wzruszający i budujący ale mimo komediowych akcentów to trudny film i wzbudzający we mnie nostalgiczny smutek. Niezrozumienie, konflikty, walka ze słabościami, brat który wystawia Jerzego, Ci gapiący się ludzie.
      Tak, Big Fish to faktycznie też piękny film, ale nie tak działający na moją wyobraźnie bo nie pomyslałam o nim teraz. A są takie, z których kadry widzę w każdej chwili bo wryły się w moją głowę jak dłuto w kamień.

      Odnośnie Anny Kareniny, to szczerze mówiąc ostatnie na co zwróciłam uwagę to gra aktorska :D To chyba wybitnie świadczy o tym jak obrazki są dominujące nad wszystkim innym. Szczególnie cały patent oparty na teatrze. Obłęd.
      Acz fakt, ten Wroński do Kiery to nie był za dobry wybór. Za to Karenin zagrany przez Jude Law, matko bosko :D
      A ja nie jestem wielką fanką Jude Law’a :D

  3. Manki · Kwiecień 30, 2014

    To ja polecam Ci książkę “Pokuta”. Coś genialnego.

    • erill · Maj 2, 2014

      Czytałam :D Mam w biblioteczce :D

  4. pasjonatka · Maj 2, 2014

    inspirujace :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s