Podróżuj z Erillkiem

BKKJest rok 2005.
Dostałam kontrakt. Na trzy miesiące.
Miejsce? Bangkok. Tajlandia.

Póki opcja się nie potwierdziła, nie zaprzątnęłam sobie nawet głowy tym by sprawdzić gdzie to dokładnie jest. Dopiero oswajam się z internetami. Brat wyjechał dwa miesiące temu, więc od niedawna mam pełnoetatowy dostęp do komputera. Z tym internetem jest tylko ciężkawo. Trochę popada, zawieje, zachmurzy się i go nie ma. Ale i tak dobrze, że jest cokolwiek. Drogie jak benzyna do Mustanga, sprawne jak maluch dzisiaj. No ale jest. Trzeba doceniać.

To pierwszy, tak daleki, wyjazd. I to samej. Poprzednio pojechałam tylko do Paryża. Ale jechałam z Kamilą więc też dała mi kilka tipów, żebym ogarnęła co i jak. Było prościej.

Z Wrocławia lotu nie ma, więc trzeba dobić do stolicy. Po drodze szybka wycieczka do Poznania. Serce nie sługa, przed takim wyjazdem trzeba się trochę naładować towarzystwem. Dzień wcześniej szybkie zakupy. Odtwarzacz mp3 (muzykoholizm zobowiązuje), spotkania z przyjaciółmi, wieczorem krótki pokaz na korcie i można iść spać. Jak zwykle koło drugiej łapie się na tym, że pociąg za 5 godzin a ja wciąż się ogarniam. Nieważne. Dam radę, lot trwa dziesięć godzin, wyśpię się w trakcie. 
To nic, że nigdy nie śpię w trakcie podróży. Tym razem się uda. Raz się żyje.

Rano dopakowuje sprzęty. Ach, jeszcze ładowarka do telefonu.
Całe szczęście mam jeszcze trochę miejsca w mniejszej kieszeni dużej walizki. Akurat na kabelek.

Na Okęcie docieram, po przesiadkach, wieczorem. Macham na pożegnanie. W trakcie oczekiwania na lot klepie smsy. Te za dwadzieścia groszy od sztuki. Nuda trochę. Lot się spóźnia. 10 minut, 25.. 50.. Zaczynam się niepokoić. Przecież na przesiadkę w Monachium miałam mieć 1,5 godziny. Zaczyna mi zasychać w gardle, ale staram się myśleć pozytywnie. Lot opóźnia się równo 1,5 godziny. Zdąże. 
Poczekają przecież. To tylko chwila przesiąść się z jednego samolotu do drugiego.

W Monachium stawiam stopę w momencie gdy na tablicy widnieje jeszcze mój lot do Bangkoku. Lotnisko jest tak ogromne, że nie wiem gdzie mam iść. Nic dziwnego, jestem w takim molochu po raz pierwszy. Nie wiem jeszcze, że przyloty są na dole, a do hali odlotów trzeba pognać na górę. Błąkam się, szukam. Jest coraz później. Numerek znika z tablicy. Pozamiatane.

Idę do informacji. Pokazuję bilet, pytam co mam robić.
Dzięki mamo, za ten angielski od 7 roku życia. Na migi bym się raczej nie dogadała.

Miła pani ze stoiska Lufthansy szybko przebukowuje bilet. Rano wycieczka do Zurichu a potem do Bangkoku. Zapewniamy też hotel więc proszę się nie stresować. Super.

Czas kogoś poinformować. Włączam telefon. Cisza. Brak sieci.
Czy ja mam roaming?
Ciepło, zimno, ciepło, zimno, ciepło, zimno.
Nie mam. I wcale tak łatwo go nie uruchomię.
Żeby mieć nowy telefon wzięłam go w salonie plusa w pakiecie pół na pół. Ale poręczyć musiał ktoś z dochodami. I padło na mamę ówczesnego chłopaka. Rozstaliśmy się dwa miesiące po tym jak ten telefon wzięłam.
W portfelu cudem znajduję kartę z dwudziestoma impulsami do Polski z dowolnego kraju Europy. Więcej w tym szczęścia niż rozumu, ale korzystam z okazji.

Szef nie odbierze bo często jest zajęty. Wybieram numer do mamy. Trybem karabinu uzi tłumaczę mamie żeby włączyła mi roaming i powiadomiła szefa że lot się spóźnił i będę na miejscu dopiero jutro. Musi uprzedzić ludzi na miejscu, żeby na mnie nie czekali za te dziesięć godzin.

Po drodze sprawdzam bankomat. Brak środków na koncie. W portfelu 10 euro. 3 kosztuje bilet do hotelu.
Oby w pakiecie było śniadanie.

Szybki prysznic i przede mną całe sześć godzin snu. To o cztery więcej niż poprzedniej nocy. Telefon wciąż nie znajduje sieci. Całe szczęście ma pół baterii. Bo ładowarka jest na lotnisku. W bagażu podstawowym. Brawo Erill. Brawo.

Rano tylko płatki; bo żołądek w w supeł.

Pod hotelem czeka bus. Jadę na lotnisko. Tym razem lot jest punktualnie i dwie godziny później jestem w Zurichu. Lotnisko jest jeszcze większe niż to w Monachium. Do bram przemieszczam się kolejką. Tak, kolejką. Takim wewnętrznym metrem.

Staje w kolejce do samolotu. Tuż przy wejściu okazuje się, że nie mam wydrukowanego biletu. Zapraszam do drugiej kolejki. Tak, tej zawiniętej cztery razy. Musi pani mieć wydruk.
To staje. Zaczynam się stresować, że znów nie zdąże.
Na szczęście w końcu udaje się wsiąść na pokład Thai Airlines. Miejsce w pierwszym rzędzie. Dużo przestrzeni na nogi. Super. Wyciągam witki w japonku i spodniach 3/4 z ulgą.

Tak, wyśpię się. Będę rześka jak dojadę.

Miła Tajka wita na pokładzie, rozdaje koce (po co ten koc? przecież jest ze 25 stopni, jest mi wręcz gorąco), poduszki i słuchawki. Startujemy.
Mija godzina. Temperatura w aeroplanie zbliża się do poziomu 15 stopni. Patrzę po współpasażerach. Zadowoleni, uśmiechnięci. Normalne. W torbie podręcznej podkoszulek.
Na ramiączkach.

Mijają godziny. Próbuje spać. Pani obok chrapie smacznie, ludzie za mną oglądają telewizje. Co dwie godziny śliczna stewardessa przynosi napoje. Co zasnę to budzą mnie drgawki z zimna. A to wymraża mi stopę, a to łokieć a to plecy.
Zaczyna się dziesiąta godzina lotu. Światła w samolocie powoli się rozjaśniają. Przychodzi ciepły, lekko wilgotny ręcznik. Na pobudkę. Okrutny żart losu.
Wyciągam kosmetyczkę i ukrywam wory pod oczami, które sięgają już kolan. Nie do końca rozpoznaję twarz w lusterku. Nieważne. Lądujemy.

Jeszcze tylko rozgrzana wiertarka w prawe ucho i będę na ziemi. Ach, to ciśnienie. Tak bardzo mnie lubi.

Wychodząc z samolotu uderza mnie fala upału. Jest szósta rano a ja wychodzę do sauny. Rozglądam się na boki. To nie rękaw. To powietrze. Letnia Azja wita.

Odbieram bagaż, włączam telefon. Działa!! 
Jak to nie mogę napisać smsa?? gwiazda sto hasz. Nie ma konta? Kiedy..? No tak.. smsy…

Ok, dam radę. Wychodzę do hali przylotów. Rozglądam się. Nikogo nie ma. Szukam imienia, nazwy firmy, czegokolwiek. Nic. Jakiś pan do mnie macha. Pytam z jakiej firmy a on się uśmiecha tylko potwierdzając. Myślę sobie; ok. Tylko najpierw bankomat. Bo za taksówkę z lotniska trzeba zapłacić. Wiadomo. Jeden bankomat, drugi, piąty. Konto wciąż puste. Miły pan z uśmiechem odstawia mnie to hali przylotów i zgrania klienta z wypchanym portfelem. Mija godzina.

Druga.

Trzecia.

Kończą się moje siły. Siedzę z walizką wielkości szafy, z podłączonym do gniazdka (chwała Ci internecie za info o przejściówce, którą zabrałam z domu) telefonem i zaczynam pękać. Chowam się w toalecie, żeby nie płakać jak dziecko na widoku wszystkich. Tylko spokojnie w kiblu. Zanoszę się szlochem jak pięciolatek zabierany siłą ze sklepu z zabawkami.
Chcę do domu.

Mijają kolejne dwie godziny.

Zaczyna mi świtać, że skoro nie mam konta, nie mam adresu i mój mózg coraz gorzej pracuje to jedyną opcją jest dogadać się z kimś po polsku. Po pół godzinie wpadam na pomysł, żeby wybłagać telefon do ambasady polskiej. 
Udaję się na informacje.
Chaotycznymi słowami tłumaczę co się wydarzyło. Miła pani chętnie udziela mi pomocy i wykręca numer do konsulatu.
Uprzejma urzędniczka, mówiąca po polsku, tysiące kilometrów od kraju, zgadza się mi pomóc. Podaję numer do szefa.

W Polsce jest trzecia trzydzieści w nocy. Mojego szefa budzi obca baba, żeby poinformować go, że dorosła kobieta (lat 22) siedzi na lotnisku i przez Polskę kontaktuje się z ludźmi, którzy są 30 kilometrów od niej. Mniej więcej.

Po ośmiu godzinach udaje się dogadać z Mimi w Bangkoku. Podaje adres i informacje dla taksówkarza o tym gdzie ma mnie zawieźć. Stan konta wciąż wynosi zero. Płaci za mnie bookerka.
Szybko załatwiamy sprawę umowy, kieszonkowego, wymiarów i zdjęć do książki. Zawozi mnie do hotelu i zostawia abym się wyspała.

Mija 54 godzina od kiedy wyruszyłam z domu we Wrocławiu.

Jestem na miejscu.

Od jutra zaczyna się jeden z najlepszych wyjazdów na jakich byłam w trakcie siedmiu lat modelingu.

Advertisements

One comment

  1. Stasiun · Kwiecień 16, 2014

    O jezusie, jakim cudem wcześniej na to nie trafiłem? Więcej, więcej:D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s