Anonimowy kochanek.

Zawsze wydaje mi się, że nie dam rady. Że przekroczyłam granice wymęczenia, zasnę na stojąco. Zaraz po tym jak namaluję fresk wcześnie świtowym śniadaniem – godnym samego Rafaela – na podłożu pod sobą.

A potem widzę obrazki we wnętrzu, które dobę temu wyglądało jak po wybuchu atomowym; na którym tańczyły tytany z Tartaru. Teraz zaś jest najlepszą na świecie, bogatą, złoto-rustykalna scenografia, z którą można zrobić wszystko.

Okazuje się, że polowy siennik może być królewskim łożem godnym baldachimu. Złote półki przenoszą nas na Wersal, a ciężkie zasłony wisieć mogą na dwustronnej taśmie. Tapeta zaś jest wypadkową modlitw do wszystkich świetnych, cudem działającego; co piaty klik; takera oraz dokupowanych kwadrans przed zamknięciem sklepu, listew. Dywan znosi dzielnie pożogę, powódź oraz żyrandol z kevlaru; który poetycko; niczym piórko młodej kaczuszki, na niego opada.

A potem patrzę na okiełznane żywioły, spełnienie wszystkich współspiskujacych i myślę sobie, że uderzenie bólu w głowie, kolanie i na stopie, które ugina mnie w pół; jest warte każdej jednej sekundy z minionych czterdziestu ośmiu godzin.

To nie jest tak, ze to jest łatwa, lekka i super przyjemna praca. Że do wszystkiego mamy Midasowa rękę.
Wiele razy trzeba lepić z gówna kasztan. Ale potem; z na stale dołączonego do listy non stop słuchanych kawałka, robi się perłę. Ciężką pracą do nocy, rezygnacją ze snu, ryzykiem, zmarzniętym na targu nosem i sadzą w każdym otworze ciała.

Kocham swoją pracę. Nawet jeśli nikt mnie w niej nie „widzi”. Ani na ekranie ani poza nim.
Bycie anonimowym dla mas; a rozpoznawalnym w kuluarach w takich chwilach jest wybitnie satysfakcjonujące. Jarać się obrazkami i ich współtworzeniem. Jarać się efektami, ludźmi, warunkami oraz zmęczeniem do stopnia zatrucia czadem.
Tak.
Kocham.
Narkotycznie.

Ręce które tworzą, czyli Kaszpirowski pięknych obrazków wszelkich.

Jestę beduinę. Weżę okiełznuję przed południę.

Ciężka praca. Pilnowanie dywanu.

Jestę kibicę. Fabuły na tapecie.

Mistrz planu, zwany Ivem Szybkim. Z rynku na świętej Jadwigi i spowrotem w trzy łyki kawy.

Ciężka praca. Aktualizacja fanpejcza.

Smutek, żal i nostalgia. Autor nieznany, literą G podpisany, rok tysiąc siedemset dwunasty.

Mizianie. Czynnośc subtelna, efemeryczna o plastyce nenufary na lekko wzburzonej rosą tafli kałuży.

Trzymanie mózgu celem nie wypłynięcia przez nos.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s