Śmierć jest zwyczajna.

222465_10152199401665321_896107705_n

Każdy z nas wie, że taka jest kolej życia. Powtarzają nam to tak często, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że zostaliśmy na to przygotowani.

W ciągu minionych dwóch lat straciłam oboje dziadków. W zasadzie z dnia dzień. Jednego grudniowego popołudnia moja babunia opowiadała dowcipy po czesku a drugiego wieczora już jej nie było. Tak boleśnie po prostu.

Kilka lat wcześniej, kiedy próbowałam sobie wyobrazić jej pusty fotel, nie używaną czerwoną szminkę – którą malowała usta na co dzień – nie byłam w stanie postawić się w sytuacji gdy jej zabraknie. Wiedziałam, że ten moment nastąpi. Moja babcia miała w końcu dziewięćdziesiąt lat. To piękny wiek. Trudno było też myśleć o nie zajętym przez dziadka krześle przy stole, tuż obok gazet. Braku stukotu laski, jego obecności w ogrodzie i piątkowych wyjazdów Ładą na zakupy do Społem. Który to bez mojej babci wytrzymał siedem miesięcy. I on też osiągnął niesamowity wiek. Dziewięćdziesiąt sześć lat.

Problem w tym, że jesteśmy egoistami. Chcemy mieć nam bliskich jak najdłużej. Nie potrafimy spojrzeć na ten koniec z innej niż własna, przepełniona bólem perspektywa. Zdominowana myślą o tym jak bardzo nam tego człowieka będzie brakowało. I to nie tylko w kontekście śmierci. Ale również związków i relacji. Chcemy żyć w utopii nieśmiertelności i bardzo ciężko przychodzi nam godzenie się z tym, że to tak nie funkcjonuje. I koniec następuje zawsze.

Podobno jak odchodzi osoba wiekowa lub schorowana to jest łatwiej. Nie jest. Śmierć jest zawsze tak samo bolesna. I tak samo nieodwracalna. A dla bliskich w chwili największego natężenia żalu, złości i pustki, tłumaczenia w stylu „tyle pięknych lat” są nic nie znaczącym frazesem. Jak ten o leczeniu ran przez czas przy złamanym sercu, który powtarza się w chwili kiedy właśnie się skończyło związek. Na wszystko trzeba czasu. Nie dni, nie tygodni. Czasem nawet nie miesięcy. Nie ma jednej długości. Każdy ma swoją. Ja w mojej tkwię nadal. Gdy umiera ktoś młody trudno nam się pogodzić z życiem, które miał przed sobą, ale gdy znika ktoś wiekowy ciężko nam się odnaleźć z uwagi na lata które był z nami. Zostaliśmy rozpuszczeni jego obecnością, barwnością jego osoby i emocjami jakie generował. I nagle to się kończy, fotel zostaje pusty, a do nas dociera boleśnie toczące się dalej życie. Świat nie zatrzymał się z piskiem opon. Nikt nie puścił tysiąca latawców w niebo. Uniwersum nie wie. W zasadzie nikt nie wie. Tramwaje wciąż jeżdżą spóźnione, szef dalej będzie komuś wmawiał, że mu wierzy ale ma tak więcej nie robić, bankomat się zepsuje, na drodze ktoś będzie się śpieszył bardziej od innych.

W śmierci najbardziej przeraża mnie to, że robi tak żadne wrażenie na świecie. Tym dużym. Krzesło nadal tam jest. Dom też się nie rozpłynął. Stoi przepełniony ścianami wspomnień i emocji. Kosmetyczka leży na swoim miejscu, a kaligrafowany dziennik wydatków pisanych ręką architekta odłożony jest na półkę obok portfela.

Życie toczy się dalej mimo, że jest puste o dwa miejsca. I nikt poza garścią ludzi nie dostrzega tej różnicy.

___________________

*fotografia pochodzi z facebookowego profilu miasta Wrocław.

Advertisements

5 comments

  1. Aleksandra · Listopad 1, 2013

    Taki piękny ten post.
    Taki prawdziwy !

  2. AdrianaAndrea · Listopad 1, 2013

    „Podobno jak odchodzi osoba wiekowa lub schorowana to jest łatwiej. Nie jest” – to fakt. Mój ojciec, chorował przez cztery długie lata, a raczej odchodził przez ten czas. W sumie te cztery lata, każdy dzień, każda godzina, minuta – były dla mnie pożegnaniem, życiem w napięciu, oczekiwaniem na najgorsze. A wszystko z dnia na dzień, jednego wieczoru piliśmy wino, a następnego dnia dostałam telefon ze szpitala…wylew. Za niedługi czas – następny. Nie jestem pewna, czy od tamtej pory mnie poznawał. Czasem wydawało mi się, że widzę w Jego oczach, że tak, a czasem że jestem dla niego obcą osobą. Przez te cztery lata, nie mieliśmy szansy już ze sobą porozmawiać. Najgorsze uczucie na świecie, to trzymać kogoś za rękę, głaskać, mówić do tej osoby, która niby jeszcze jest z nami, a za którą już tęsknimy, bo tak naprawdę jej nie ma. A może ta kolacja, to wino, może to było nasze pożegnanie(?), wtedy, ponad cztery lata temu. Nie wiem. Gdy odchodzi ktoś kogo kochamy, niezależnie od okoliczności, niezależnie od tego czy mieliśmy szansę przytulić się miesiąc wcześniej, czy pięć minut temu, to w sercu zawsze pozostanie dziura. I świat się nie zatrzyma, tylko my czasem się zatrzymamy – w myślach, we wspomnieniach, w tęsknocie.

    • erill · Listopad 3, 2013

      Właśnie mnie najbardziej przybija to, że ten świat się nie zatrzymuje. Bo cały czas myślałam, że wszystko stanie w miejscu.. Moja babcia miała udar kilka lat przed tym jak odeszła. Wtedy pierwszy raz do mnie dotarło jak jest krucha i, że w każdej chwili może odejść mimo, że była silnym, zawsze będącym filarem. I niby od tego momentu powinno być jakoś tak łatwiej, bardziej pogodzonym a jej śmierć byla dla mnie tak ciężką traumą, że nie byłam w stanie z niej wyjść pół roku. Potrafiłam płakać kiedy widziałam wiekową panią. A w pracy było mi bardzo ciężko „znieść” widok babć. Do tego nie da się przygotowan. Po prostu sie nie da. Wszystkiego trzeba się uczyć na bieżąco

  3. noutmeg · Listopad 14, 2013

    nadrabiając Twoje blogowanie, trafiłam na ten post. i uzewnętrznię się, bo chyba już mogę.

    w ubiegłym roku zmarł mój Tata. z dnia na dzień. miał wypadek. w pracy. 15 minut przed końcem zmiany. pracował jako górnik w KGHMie. wielki głaz spadł mu na głowę. w tym czasie nie było koło niego nikogo. nigdy nie chorował.

    jakby było za mało, moje kontakty z Tatą były sporadyczne, mimo że zawsze byłam „córeczką tatusia”. przez wiele lat w sądzie toczyła się batalia rozwodowa moich rodziców. ledwo sięgam w pamięci do tych wspomnień, gdy jeszcze mieszkaliśmy razem. zanim Tata wyprowadził się do innego miasta. później walka o prawa rodzicielskie. w międzyczasie nienawiść ze strony rodziny mojego ojca wobec mojej matki. trwająca do dzisiaj zresztą. wyładowywana na nas, na mnie i mojej siostrze. dziesięcioletnich, zdezorientowanych dziewczynkach. Tata też z czasem zaczął nienawidzić moją mamę. nie że mu się dziwię, ale mam żal, że rykoszet zawsze trafiał we mnie i w siostrę. żal do niego, że nas ostatnie miał na uwadze. w późniejszych latach nienawiść osłabła, ale żal nie.
    gdy miałam 15 lat, Tata ożenił się drugi raz. jego żona ma syna rok starszego ode mnie, ale nadal nie potrafi się pogodzić z faktem, że wyszła za faceta z „bagażem” z poprzedniego związku. kontakt z Tatą miałam głównie telefoniczny, kiedy wychodził na spacer z psem i na chwilę nie było przy nim nikogo. dwa lata temu zapomniał nawet o moich urodzinach i zadzwonił po miesiącu, bo było mu tak głupio. do tego konflikty na tle religijnym. pod wpływem żony stał się bardzo wierzący. do stopnia hipokryzji, nie wiary. jako ateistka nie jestem w stanie zapomnieć ani wybaczyć niektórych jego słów. chociaż przede wszystkim jako jego córka.
    kiedy mając 20 lat rzuciłam wszystko i wyprowadziłam się od toksycznej mamy, kontakt z Tatą się polepszył. kiedy się przejdzie przez takie „przygotowanie do życia” ciężko stać się z dnia na dzień osobą szczególnie rodzinną. ale zawsze jest to coś w środku człowieka, te więzy krwi. zawsze jest nadzieja, że to się zmieni. a i łatwiej jest wybaczyć wyidealizowanemu ojcu niż po latach pogodzić się z maltretującą cię matką.
    Tata przez ostatni okres przyjeżdżał co jakiś czas do Wrocławia. któregoś dnia na pożegnanie powiedziałam mu „daj znać jak dojedziesz”. odpowiedział „dziecko, moja praca jest bardziej niebezpieczna”. może to był jakiś zły znak.
    po raz ostatni w życiu widziałam się z nim dwa tygodnie przed wypadkiem, na jego ukochanej działce. pokazywałam mu zdjęcia z krótkiego wypadu z chłopakiem.
    moja siostra rozmawiała z nim przez telefon w dniu wypadku. to był czwartek. obiecał, że w niedzielę przyjedzie do Wrocławia.
    jego wypadek zbiegł się dodatkowo z chorobą nowotworową mojej mamy. bo przecież za mało mi życie jeszcze doje**ło.
    wiem, że nie powinnam narzekać w tym tonie. nie jestem alkoholiczką, nie ćpam, nie staczam się. jestem „normalna”. wiem, że ludzie mają gorzej. ale są blizny, które się nigdy nie zagoją, a wiem, że wiele osób nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że można je mieć.

    zryczałam się strasznie pisząc to wszystko. i pewnie nie raz się jeszcze zryczę. też oczekiwałam, że świat stanie w miejscu, ale po dłuższym zastanowieniu lepiej, żeby świat tego nie robił. długo nie pogodzę się z tym pustym miejscem. z tymi niedopowiedzeniami, przeinaczaniem prawdy przez te wszystkie lata, z niedokończonymi dyskusjami i opowieściami. z pustym krzesłem podczas przyszłego ślubu, bez odwiedzin u dziadka na działce („dziecko, do tego domu, na tej działce, to zobaczysz, z własnymi dziećmi będziesz przyjeżdżać). do jego żony za nic w świecie nie pojadę. nie wybaczę sobie żalu do niego i swoich pretensji.

    świecie, ruszaj do przodu i pozwalaj mi dalej niedowierzać.

  4. lpink · Listopad 1, 2014

    ja niestety starcilam mame w wieku 16 lat szok niedowierzanie
    podobno czas…leczy rany….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s